Nasze piękne, polskie morze 🙂
Dzisiaj relacja z wczasów we Władysławowie 😉

Założenia

Zacznijmy od założeń i oczekiwań względem tego wyjazdu:
– po pierwsze byliśmy bez Pierworodnego, bo Dziadkowie zabrali Go na wakacje do Bułgarii (Tadziu ma cudownych Dziadków!), tak więc nie interesowały Nas żadne dziecięce atrakcje,
– miało być blisko do szpitala ze względu na 9 miesiąc ciąży Isi,
– nie zależało Nam mocno na pogodzie, bo Isia + upał = zdychanie,
– nie zależało Nam na zwiedzaniu,
– nastawialiśmy się na pobyty na basenie, sauny, smaczne jedzonko, odpoczynek i tereny do uprawiania sportów przez Łukiego.

No i co Nam z tego wyszło? 🙂

Nocowaliśmy w apartamencie, którego operatorem był MS Apart Władysławowo. Generalnie były to stare pokoje hotelowe wcześniej tam znajdującego się Hotelu Velaves. Przez problemy finansowe sprzedano część hotelu na apartamenty, a reszta pozostaje obecnie pod nazwą Maloves. Pokój zaskoczył Nas najpierw małą powierzchnią (około 30m2), ale później stwierdziliśmy, że nie było Nam więcej do szczęścia trzeba 😉 Nie był to jakiś luksus 5 – gwiazdkowy, ale też nie oczekiwaliśmy takich przyjemności.

Operatorzy przysporzyli Nam trochę nerwów, bo od samego przyjazdu zarzucali Nas dodatkowymi kosztami, o których wcześniej nie było mowy, a dokładnie:

  • Parking miał kosztować 25 zł/ dobę, po czym okazało się, że stawka wynosi 40 zł/dobę, na szczęście dzięki urokowi osobistemu Łukiego udało się przystać przy wcześniej deklarowanej kwocie.
  • Baseny – mieliśmy informację, że godzinne wejście na basen będzie Nas kosztować 10 zł /os., po czym jak dotarliśmy już pięknie przygotowani do pływania, Pani z recepcji poinformowała Nas, że zaczął się sezon, a w sezonie jedyną opcją wejścia na baseny jest jednorazowa opłata 50 zł/os. i nie ma limitu czasowego, ale nie można w trakcie nigdzie wychodzić – świetnie… Łuki ponownie wykorzystał swoją siłę perswazji 😉 udał się do obsługi i powiedział, że nie taka była umowa, na szczęście szefostwo wyszło godnie z tej sytuacji i pozostawiło pozytywny ogólny wydźwięk, ponieważ pokazali, że zależy Im abyśmy miło spędzili tam czas 🙂

  • Podsumowując – pomimo kilku nieścisłości – apartament oceniamy bardzo pozytywnie. Na plus fakt, że Nasz apartament znajdował się na parterze z dostępem do ogrodu, w którym był plac zabaw i mały basen zewnętrzny (za mały do pływania, ale dla dzieci idealny). Tak więc, rodzinkom z dziećmi – polecamy!

    Miejscowe aktywności

    Oczywiście większość okupowała plażę, Nas tam nie ciągnęło z dwóch powodów. Po pierwsze – pogoda. Nie odczuwamy przyjemności z siedzenia w takim wietrze… po drugie – parawany 🙂 ! Tak, parawany zajęły caaaałą plażę!

    Łuki skupił się na atrakcjach sportowych (rower i bieganie) i tutaj kilka ciekawostek dla tych, którzy chcieliby również tak spędzić czas:

  • spod hotelu do Jastarni (opis restauracji poniżej 😉 ) jest ok. 23km – w sam raz na rower,
  • do Pucka (gdzie również można nieźle zjeść 😀 ) ok. 11km – dłuższe rozbieganie lub krótsza przejażdżka,
  • bieganko po Władysławowie – fajne trasy biegowe po 5km,
  • do Jastrzębiej Góry również ok. 10km (polecamy jechać rowerami nie główną drogą, a boczną przez Chłapowo i przez las).
  • Jeśli chodzi o jedzonko…

    Śniadania przygotowywaliśmy sobie sami w apartamencie. Na obiadki i kolacje ruszaliśmy w pobliskie lub dalsze lokalizacje. Na Naszej liście pojawiły się lokale takie jak:

    A ku ku (Władysławowo)

    Zdecydowanie najlepsza restauracja we Władku, zarówno pod względem „nadmorskiego” menu, ale każdej innej potrawy również. Mieliśmy do niej rzut beretem, nie było drogo, jedzenie przepyszne, więc podczas Naszego tygodniowego pobytu wizytowaliśmy tam wiele razy. Z manu polecamy każdą rybkę (bardzo dobrze doprawione, świeże), kaszotto szpinakowe, wszystkie pizze, zupki, wszelkie dodatki typu bruschetta, sałatki (szczególnie o nazwie A kuku). Jedynie makarony Nas rozczarowały, były smaczne, ale nie dorównywały innym daniom 🙂 Obsługa bardzo miła, aczkolwiek zdarzało im się zapominać np. o napoju czy składniku w sałatce, ale tak czy siak nie zmieniło to Naszego ogólnego baaardzo pozytywnego wrażenia. Szczerze? Moglibyśmy się tam wybrać o tak po prostu w weekend na obiad, a nie każda restauracja może się cieszyć taką opinią 😉

    Bar Smakosz (Władysławowo)

    Jak to się często czyta „jedzenie poprawne”, typowe polskie menu plus rybki, Isi pierogi były w porządku, ale flądra Łukiego – trochę niewypał. Podobnie jak zupa rybna (Łuki w każdej knajpie degustował zupę rybną 😉 ). Nam flądra kojarzy się z wielkim talerzem wypełnionym rybą i dodatkami na brzegu. Tutaj niestety więcej było dodatków niż samej ryby. Właściwie to Łuki jadł „dzieci-flądry” ( 😉 ), parę takich malutkich kąsków, gdzie więcej było panierki niż mięska. Czuć było masówką, fakt, bardzo szybko dostaliśmy dania pomimo wielkiego obłożenia, ale to tyle 😉

    U Kojota (Władysławowo)

    W Kojocie zamówiliśmy zupę rybną, która była przekombinowana… dużo przypraw niekoniecznie pasujących do ryby. Mieliśmy wrażenie, że specjalnie przygotowują taką „inną” zupkę, żeby się czymś wyróżnić, ale nie wyszło z tego nic dobrego… Ponadto Isia wzięła łososia z grilla, który co prawda był świeży, ale niedoprawiony i niestety atlantycki, a nie bałtycki 🙁 Łuki wziął pieczonego dorsza, który był też dobry, ale podobnie jak łosoś nieposolony 😀 Co można na plus powiedzieć – oferowali ryby w różnych postaciach: smażone, pieczone i z grilla. No i niedrogo – taki plus 🙂

    Restauracja hotelowa Maloves

    Podczas przedostatniego meczu Polaków na Mundialu 2018 zamówiliśmy sobie pizzę, a Łuki domówił sobie jeszcze chłodnik, bo zaciekawiło Go zestawienie składników (m.in. kurczak, musztarda, ogórek). Jeśli chodzi o pierwsze danie – tak wiemy, że szynka sopocka jest ok, ale może niekoniecznie na pizzy 😉 A drugiego w ogóle nie skomentujemy, bo Isia nawet nie spróbowała, a Łuki wyjadł tylko trochę składników i nie był w stanie zjeść więcej… także tego 😉

    Lody & cafe Marko (Władysławowo)

    Słyszeliśmy przed wyjazdem, że to legenda Władysławowa i koniecznie musimy tam zawitać. Mieli rację 😉 Nawet mój niesłodyczowy Mąż chętnie nakładał sobie kolejne gałki. Słuchajcie – 50 smaków, pięćdziesiąt! I weź tu się zdecyduj 😀 Dobrze, że byliśmy tam tydzień, bo udało Nam się kroczek po kroczku spróbować większości smaków (np. kinder, palone masło, bueno, rafaello, mascarpone z wiśnią, dwa rodzaje ciasteczkowych – no obłęd!). Ponadto Isia nie mogła się oprzeć ofercie gofrowej i zażerała się gofrem z nutellą i truskawkami – niebo w gębie…

    Śledź i pasta (Jastarnia)

    Nie ukrywajmy, że Władysławowo ma ograniczoną ofertę gastronomiczną 😉 , dlatego postanowiliśmy ruszyć dalej. Mój Mąż pamiętał to miejsce z dawnych, młodzieńczych podróży. Troszkę się tam pozmieniało wizualnie, ale kuchnia została ta sama. W bardzo krótkim menu wypisane ryby świeże i mrożone na świeżo (super, że otwarcie piszą, które są które!). Oczywiście, że wybraliśmy świeże 🙂 Do tego pełna gama różnego rodzaju śledzików i np. tatar z łososia, no i oczywiście zupka rybna. Nasze zamówienie: zupa rybna, tatar z łososia, śledziki (ze śliwką, z fetą i kaszubski – na wynos), turbot i łosoś bałtycki. Wszystko świeże, pyszne, doprawione i w ogóle super. Koniecznie zajrzyjcie!

    Smażalnia u Budzisza (Puck)

    Kolejne miejsce, które odwiedził kiedyś Łuki i zapadło Mu w kulinarnej pamięci. Nasze standardowe zamówienie: zupka rybna, dorsz i łosoś. Klimat jak sprzed 20 lat, tacki jak na stołówce, bułka do zupy 🙂 Zupka pyszna, rybki świeże, doprawione, jak u Mamy, ale… trochę przesuszone. Pomimo tego niedociągnięcia nie żałowaliśmy wypadu na obiadek 🙂

    Podsumowując, pogoda nie zachwyciła, bo raczej było zimno niż ciepło 😉 Można znaleźć dobre jedzenie, można. Trafiliśmy chyba na ostatni tydzień przed sezonem, bo jeszcze w trakcie Naszego pobytu można było swobodnie pospacerować, ale już w piątek jak wyjeżdżaliśmy, widzieliśmy, że frekwencja z godziny na godzinę wzrasta 🙂

    Tagi: Władysławowo, Puck, A ku ku, opinie, Jastarnia, Jastrzębia-Góra, Pomorskie, ryba, restauracje rybne